sobota, 9 lipca 2011

Oxford - dzien trzeci, czyli Art Show

Na terenie Wheatley Park School, do ktorej chodzi Martyna znajduje sie Old House - dom, w ktorym kiedys mieszkala szlachecka rodzina, a dzis nalezy do szkoly i odbywaja sie w nim wszelkie artystyczne zajecia. Dzis odbyl sie tam pokaz prac uczniow, budynek zamienil sie na chwile w galerie sztuki. Bedac tam wczesniej bylam pod niesamowitym wrazeniem tego, jak wiele mozliwosci ma uczen, ktory uczy sie tam malarstwa, rysunku czy fotografii - wszelkie przybory i rekwizytysa na miejscu, a atmosfera sprzyjala poszukiwaniu weny - zdecydowanie artystyczne miejsce, ale to jak dzis wygladalo to miejsce przeroslo moje najsmielsze oczekiwania. Wszystko bylo swietnie zaplanowane - w pokojach roilo sie od prac, ktore byly rewelacyjnie oprawione i zaprezentowane. Ciezko jest to opisac, to trzeba zobaczyc!





rekwizyty

fragment sciany






sketchbook - zeszyt ze wszystkimi pracami ucznia

sketchbook - zeszyt ze wszystkimi pracami ucznia


sketchbook












sciana;)


z Oliwia i Martyna


czwartek, 7 lipca 2011

Oxford - dzien drugi, czyli Christ Church&City Centre

Dzisiejszy dzien spedzilysmy w samym centrum Oxfordu. Niesamowicie klimatyczne miejsce! Czuc atmosfere studencka, aczkolwiek miejsce jest tez nastawione na turystow. Na poczatku zwiedzalysmy Christ Church College. Jest to miejsce ktore, o dziwo, laczy dwie, skrajnie rozne funkcje doskonale. Jest zarazem odzialem Uniwersytetu Oksfordzkiego i swietnie przygotowanym obiektem turystycznym. Czesc pomieszczen (np. biblioteka) jest otwarta tylko dla studentow, a inne dostosowane dla wycieczek, ktorych jest tu niesamowicie duzo. Z tego powodu jedno z miejsc wzbudzajacych tu najwieksze zainteresowanie - jadalnia, w ktorej krecono sceny do wielu czesci "Harrego Pottera" do 14:30 jest miejscem, w ktorym studenci jadaja, a po tej godzinie pelnowartosciowym obiektem turystycznym. Swoja droga w filmie sala ta wydaje sie byc potezna, a w rzeczywistosci jest...normalna, mala, pieknie urzadzona stolowka, czego nie widac nawet na zdjeciach, gdzie wydaje sie o wiele wieksza.




kadr filmu
Sceny filmu krecone byly tez na dziedzincu, ktory naprawde imponuje.





Caly kompleks robi niesamowite wrazenie - dokladnie tak wyobrazalam sobie edukacje w college'u! Studenci po zajeciach pelnia role przewodnikow po obiektach, a na codzien naprawde nosza koszulki i bluzy z logo uczelni.







Oczywiscie nie dalam rady sfotografowac wszystkiego - i z braku czasu i ze wzgledu na to, ze moje zdjecia nie zdolalyby oddac calej magii tego miejsca.
Po wyjsciu z Christ Church nie omieszkalam poszukac slawnego sklepu "Alice's Shop", w ktorym sprzedawane byly gadzety z "Alicji w krainie czarow",  ktorej autor studiowal w tym colleg'u, a jadalnia i caly campus czesto inspirowaly go do pisania. Swoja droga w sklepie w Christ Church oczywiscie mozna bylo nabyc gadzety Harrego. Niestety w sklepach nie mozna bylo robic zdjec - a szkoda, bo produkty byly naprawde wyjatkowe;)




Po zwiedzaniu wyruszylam w poszukiwaniu interesujacych placowek w centrum. Masa turystow zajmowala sie zakupami w modnych sklepach, jednak udalo mi sie znalezc dwa bardzo ciekawe i niedrogie (o co w tamtym rejonie bylo niesamowitym wyczynem) miejsca. Pierwszym z nich byla ksiegarnia, w ktorym kazda ksiazka, czy film kosztowala 2 funty. Asortyment byl niesamowity, ale nie moglam wykorzystac go do konca, bo...mam tylko jedna walizke;) Drugim z miejsc byl nastrojowy, swietnie urzadzony angielski pub na przeciwko New Theatre. Zjadlysmy tam obiad i bylysmy niesamowicie zadowolone z klimatu i jedzenia.






Oxford - dzien pierwszy, czyli lemonade&old cinema

Wczorajszy dzien byl dla mnie niesamowicie dlugi - 24 godziny aktywnego zycia. Szczerze mowiac wczorajszy poranek w mojej glowie wydaje sie byc tydzien temu... Ale do rzeczy. Odebrana z przystanku w Oxfordzie okolo 10:30 wypilam z Martynka kawe i pojechalysmy zostawic walizke i cos zjesc do domu. Pozniej poszlysmy do szkoly pozac Oliwie, z ktora spedzimy tu troche czasu. Przy okazji zobaczylam jak bardzo rozni sie angielska szkola od takiej, jaka znam. Ale o tym pozniej - kiedy bede juz wiedziala troche wiecej. Poszlysmy z Martynka do jej pracy, a pozniej wybralysmy sie na zwiedzanie miasta. Nasza uwage przyciagnela wystawa sklepowa skladajaca sie z pieknych, kolorowych butelek. Kiedy weszlysmy do srodka naszym oczom ukazal sie niesamowicie urokliwy sklepik. Pan wytlumaczyl nam, ze w butelkach znajduje sie lemoniada i kazdy z kolorow to inny smak. Sprobowalysmy dwoch i nie moglysmy powstrzymac sie przed zakupem;) W sklepie mozna tez dostac wlasnorecznie robione belgijskie czekoladki i pocztowki z Marilyn Monroe, a starszy pan wie wszystko o swoich produktach - na pewno tam wrocimy!







Podekscytowane nowo odkrytym miejscem chodzilysmy po miescie rozmawiajac i podziwiajac jego uroki, a zarazem roznice kulturowe. Nie byl to jednak koniec atrakcji dnia wczorajszego. Czekalo na nas jeszcze stare, klimatyczne kino. Pierwszym zaskoczeniem bylo dla nas miejsce, w ktorym kupowalo sie bilety - kasa jak w starych filmach znajdowala sie na dworzu. Dowiedzialysmy sie tam, ze kino grywa i produkcje, ktorych premiera byla kilka tygodni temu i te stare, zapomniane czy obcojezyczne. Kiedy weszlysmy do srodka naszym oczom ukazala sie niesamowicie klimatyczna sala. Z tylu barek, prawdziwe kinowe fotele, po dwoch stronach ekranu zielone, swiecace napisy "ladies" i "gents". Film byl rewelacyjny - "The Way", przez ponad dwie godziny wszyscy siedzieli z oczami wpatrzonymi w ekran. Czyms, co spodobalo mi sie nadzwyczajnie byl fakt, ze po seansie ludzie w kinie dalej siedzieli. Rozmawiali na temat fabuly, kontemplowali.






 Dzis sie wyspalysmy i za chwile wyruszamy sprawdzic jak i gdzie krecony byl "Harry Potter", a pozniej w poszukiwaniu kolejnych cudownych miejsc!:)

środa, 6 lipca 2011

Oxford wita!

Ostatnio z Heineken'a wrocilam o 3:55, a dzis o dokladnie tej samej godzinie wyruszylam z tata na lotnisko. Odprawa trwala dlugo ze wzgledu na zaloge Wizz'a, ktora wchodzila bezposrednio przede mna. Zdazylam w sam raz na "boarding". Lot byl przyjemny, ale schody rozpoczely sie kiedy wyszlismy z samolotu - okazalo sie, ze kolejka jest tak dluga, ze moge nie zdazyc na autobus, ktory odjezdzal za 45 minut. Jednak dobieglam na niego 2 minuty przed odjazdem i rozpoczelam wycieczke do Oxfordu. Dwie godziny jazdy minely szybko podczas rozmowy z czarnoskorym Francuzem mieszkajacym w UK. Martynka odebrala mnie z przystanku i siedzimy w Starbucks'ie, za chwile wyruszamy w miasto!:)

niedziela, 3 lipca 2011

Heineken Open'er Festival 2011 - Prince

Wczoraj odbył się koncert zapowiadany jako największe wydarzenie muzyczne ostatnich czasów - Prince po wielu latach przerwy wszedł na scenę. Co więcej - w Polsce. Wszyscy z ciekawością wyczekiwali tego występu - w mediach huczało od pytań: jak długi będzie koncert? w jakiej formie jest książę popu? jak będzie wyglądał?
Na te pytania odpowiedziało sobie wczoraj 60 tysięcy osób na gdyńskim lotnisku podczas Heineken Open'er Festival. Dwie godziny koncertu były naprawdę dużym przeżyciem. Prince wyszedł na scenę i swoją energią zaczarował tłum. Jego ruchy, głos i niesamowita gra na gitarze porywała do tańca. Książę przez cały czas utrzymywał kontakt z publicznością, co potęgowało naszą euforię.
Ja z rodzicami i Olą przyjechaliśmy tylko na ten koncert i warto było, ale za rok na pewno zagoszczę na całym festiwalu!
Na zdjęcia co prawda nie było czasu, ale kilka w telefonie znalazłam. "Klik" żeby powiększyć.

Przybycie na miejsce. Kalosze jako główny element wyposażenia tegorocznego Open'erowicza;)

Prince w akcji.
Purple Rain.
Agata, ja i Ola cieszące się maszyną robiącą zdjęcia, która dostarczyła nam najlepszej pamiątki tego wieczora.
Ola i ja z pacynką i jej "głosem".
Agata.
Sebastian, Agata, Ola i ja.
3:55, czyli powrót do domu.